22°   dziś 19°   jutro
Piątek, 05 czerwca Walter, Bonifacy, Waleria, Kira

Limanowszczyzna we wspomnieniach uczestników i świadków Powstania Warszawskiego

Opublikowano  Zaktualizowano 
5 7077

​Muzeum Powstania Warszawskiego na swojej stronie publikuje powstańcze biogramy i wywiady z uczestnikami zbrojnego wystąpienia przeciwko Niemcom okupującym Warszawę. We wspomnieniach zebranych w ramach “Archiwum Historii Mówionej” znaleźliśmy liczne odniesienia do Limanowszczyzny. Niektóre z nich publikujemy dzisiaj - w 80. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

Adam Bieńkowski ps. „Żołędź”

Adama Bieńkowskiego ps. „Żołędź”, 1 września 1939 roku wojna zastała w Limanowej. Miał wówczas zaledwie 10 lat. 

Spędzałem wakacje u wujostwa, oni mieszkali w Limanowej. To byli zamożni ludzie, wujek był dyrektorem jakiejś fabryki. (...) Atmosfera tej wojny była wyczuwalna. Ona osłabła, jeśli chodzi o mnie i o odczucia tego stanu poprzedzającego wojnę, na wakacjach, bo to wakacje, fajna Limanowa, góry, rzeczka jakaś, rzeczy fajne dla dzieciaków. Wujek mnie kiedyś spytał: „Adam, jak sądzisz, będzie wojna?” Dziwne pytania do dziesięcioletniego chłopaka, ale mnie spytał, nie wiedziałem, i ta wojna przyszła.
1 września byłem [...] [na wakacjach]. Potem ciotka nas, dwie kuzynki, kuzyna, który jeszcze był też na wakacjach… wujek gdzieś zniknął, nie wiem gdzie, czy został powołany do wojska, nie wiem tego, a ciotka dała nam jakieś bety, pościel na plecy i gdzieś w góry do znajomej góralki, tam żeśmy uciekli. Fajna chałupa na zboczu dosyć łagodnym, a w dole była widoczna szosa w kierunku Bochni. Następnego rana szosa przestała być widoczna, bo się nad nią tuman kurzu unosił. A tuman kurzu się unosił stąd, że nieprzerwana kolumna… (to musiał być drugi, trzeci września już) samochodów niemieckich jechała i pył [był ogromny]… To była droga z tłucznia, pogoda była cudowna wtedy, wszystko wyschnięte i ten pył się unosił w górę, tak że to było przygnębiające. Potem gdzieś za górami grzmiała artyleria, coś się działo, potem ucichło wszystko. Jak ucichło, to wróciliśmy do willi gdzie oni mieszkali, tam już był jakiś sztab niemiecki, ale bardzo kulturalnie się panowie oficerowie niemieccy zachowywali. Uprzedzili, że oni jakieś dwa pomieszczenia będą zajmować, z pozostałych pomieszczeń możemy korzystać. No i co? Z kuzynem, jak to chłopaki, zaczęliśmy myszkować. Nie wiem jak, ale na stację kolejową poszliśmy. To był trochę szokujący widok, rozkręcone tory, nasi żołnierze jeszcze zdążyli zanim się wycofali rozkręcić tory, zepchnęli jakieś wagony, te tory się rozjechały, wagony się poprzewracały. Tak że trochę Niemcom przeszkodzili, nie wiem czy na długo, ale skutecznie. Tu się do dzisiaj zastanawiam, skąd się ten pomysł mi w głowie zrodził, ale jakiś instynkt sabotażysty się we mnie urodził, bo jeśli są Niemcy, to kolej już nie jest nasza, tylko jest niemiecka, to trzeba ją uszkodzić. Do wszystkich wagonów, jakie na stacji stały, żeśmy do panewek wsypywali żużel, piach, szuter, kamienie i tak dalej. Nie wiem czy te panewki się pozacierały, czy nie, ale takie były działania. W każdym razie to był szok straszliwy, te niemieckie wojska, ale z jednej strony byliśmy sabotażystami, a z drugiej strony… bo była nieczynna rafineria ropy naftowej w tej miejscowości. Duży teren, nieczynna, bo firma splajtowała, to była jakaś francuska firma „Karpaty”, która splajtowała i cały teren tej rafinerii był otoczony płotem drewnianym. Co Niemcy zrobili? Niemcy zrobili obóz jeniecki, spędzili naszych żołnierzy i oni tam przebywali. Z jednej strony to myśmy w jakikolwiek sposób mogli, to tym żołnierzom pomagali, głównie jabłka żeśmy zrywali, nie wiem, dlaczego, ale najbardziej dostępne, przerzucaliśmy przez płot. A z drugiej strony to żeśmy się kręcili koło tych żołnierzy niemieckich, którzy też na chłopaków popatrzyli i chłopaków zupą poczęstowali i tak dalej, ale takie obrazki. Wakacje się skończyły tragicznie, bo matka była w Warszawie, rodzina była w Warszawie.

Adam Bieńkowski w Limanowej przebywał do końca października. Zaczął tu nawet naukę w szkole. 

Z początku nie było niczego, potem uruchomili szkołę, już pod koniec października, tak że z tymi Góralczykami chodziłem do szkoły. Bardzo mi dokuczali, bo to miastowy, no to trzeba dokuczać, ale szkoła była wspaniała. Limanowa miasto, ale wieś się nazywała Sowliny i szkoła wybudowana przez tak zwaną Macierz Szkolną. (...) Szkoła ze wspaniałą salą gimnastyczną, z salą widowiskową, z estradą, sceną, takie rzeczy.

Pod koniec października 1939 roku po 10-latka przyjechała jego mama, która zabrała go do Warszawy. Niespełna 5 lat później, już jako nastolatek, walczył w Powstaniu Warszawskim jako strzelec formacji “Baszta”, działającej na Mokotowie.

Zobacz również:

Warszawa, 17 marca 2007 roku. Rozmowę prowadził Mateusz Weber.


Eleonora Elżbieta Kasznica ps. “Ela”

Rodzina Eleonory Elżbiety Kasznicy ps. “Ela” została wyrzucona przez Niemców ze swojego poznańskiego mieszkania 13 grudnia 1939 roku. Następnego dnia rozpoczęła się jej podróż w nieznane, trwająca 60 godzin, która zakończyła się w Limanowej. 

Wyrzucili nas po 60 godzinach w Limanowej, w górach, kazali wysiadać, nie wiem, ile było w tym transporcie, w każdym razie kilkaset osób było i dalej zapędzili nas do hali zimnej. Dowiedzieliśmy się od razu, że w tych wagonach bydlęcych trzy osoby zamarzły na śmierć, trzy starsze panie samotne. Tu znów komitet społeczny działał, był pan... właściciel maleńkiego majątku „Mordarka” pod Limanową, pan Gibes, który znał nazwisko nasze i zaprosił nas i jeszcze parę osób do swojego mająteczku żeby odpocząć, nakarmić, również były przygotowane posiłki, społecznie dla wszystkich przywiezionych nieszczęśników. Państwo Gibesowie nas i innych przyjęli bardzo gościnnie, nigdy nie zapomnę smaku chleba, gorącej kawy, kąpieli i czystego łóżka. To się na całe życie pamięta, zresztą następne po Powstaniu też było takie przeżycie.
Nie chcieliśmy tym państwu za długo siedzieć na głowie, bo przecież to też kłopot i postanowili rodzice, że stamtąd pojedziemy, bo były możliwości, nawet nie pamiętam, czy to był pociąg czy furmanka, z Limanowej do Jedlini, to jest pod Radomiem, gdzie nasz kuzyn był nadleśniczym w lasach państwowych.

Eleonora Elżbieta Kasznica ps. “Ela” przyjechała z rodziną do Warszawy w marcu 1942 roku. W Powstaniu Warszawskim, mając 16 lat, walczyła na Powiślu w III Zgrupowaniu „Konrad” jako „peżetka”, czyli „Pomoc Żołnierzowi”.

Warszawa, 31 maja 2012 roku. Rozmowę prowadziła Joanna Lang. 


Ludmiła Niedbalska

Ludmiła Niedbalska urodziła się w 1933 roku w Warszawie. W czasie Powstania Warszawskiego miała 11 lat, mieszkała na Śródmieściu. Na początku października, tuż po stłumieniu powstania, wraz z mamą i siostrą została zmuszona do opuszczenia Warszawy i wywieziona przez Niemców w masowym transporcie koleją. Jej podróż zakończyła się w Mszanie Dolnej.  

Dojechaliśmy do Mszany Dolnej, już było widno. I tam nasze wagony chyba odczepili, bo myśmy musieli być na końcu. Reszta pojechała na Limanową, a nas wysadzili w Mszanie. RGO się nami zajęło, w szkole jakiejś była słoma porozkładana, jeść dostaliśmy. A potem pod wieczór znowu jedziemy ciężarówką rozklekotaną. Jedziemy dalej. No to jedziemy, ciemny wąwóz, rzeka słychać, że płynie, ale jej nie widać, bo strasznie ciemno. Tu jakiś dom. Dojechaliśmy do miejscowości Niedźwiedź. Na rynku nas górale, że tak powiem, rozebrali do swoich mieszkań, do swoich domów. Podobno dziekan, proboszcz miejscowy (zresztą bardzo zasłużony dla naszej armii, to znaczy dla podziemia), Baradziej się nazywał i on podobno powiedział do tych górali przed naszym przyjazdem, że trzeba nam pomóc, bo myśmy ryzykowali wszystko. Myśmy stracili domy, myśmy stracili najbliższych i jesteśmy jak obłąkani. Tam żeśmy się osobno – to znaczy ja byłam u jednych gospodarzy, mama u innych, Danka u innych. Z tym że Danka od razu dostała pracę w szpitalu. Byłam u państwa Białoniów. Pasałam krowy, chodziłam na roraty o szóstej rano, ale źle się tam bardzo czułam. Krowy bardzo sympatyczne. Nauczyłam się jodłować, to znaczy po góralsku, w ogóle było bardzo fajnie. Natomiast mama była u innych państwa Białoniów, którzy mieli dwanaście córek i tam było bardzo wesoło. Po jakimś czasie, po jakichś dwóch tygodniach mama załatwiła, że się przeniosłam do nich. A mama dostała pracę w szkole oczywiście.

W Niedźwiedziu rodzinę zastał koniec wojny. 

Ale też to nie było takie całkiem wprost. Bo potem, jak już mama dostała pracę, to był pewnie listopad, może grudzień, tośmy dostali pokój przy chałupie państwa Cichorzów. Nagle, nie wiem, co się stało, że kazali nam wyjeżdżać. Myśmy się znowu gdzieś załadowali, dojechaliśmy do Limanowej. W Limanowej mama – nie wiem, czy był jakiś postój czy coś, do kuratorium. Cofnęli to, wróciliśmy z powrotem, ale Danka się gdzieś po drodze zgubiła. To w ogóle cała była…. W każdym razie wróciłyśmy, tam żeśmy odbyły Wigilię i przyszedł front. Front przyszedł. W przeddzień Niemcy latali, podpalali i strzelali i myśmy uciekli wszyscy wzdłuż drogi z domów na wzgórza za rzeką. To oni tłukli znowuż po wzgórzach. Byli na sąsiednich wzgórzach w okopach i tłukli. Myśmy pod wieczór zeszły z gór i wróciłyśmy, ale do obórki. Jest taka obórka pod domem, w kamiennym czymś, tak jak góralskie chałupy są. Tu na stoku jest wyżej, a tutaj jest prawie równo z drogą.
(...) Któregoś, nie wiemy dobrze, co się dzieje, ale w każdym razie coś za okienkiem widać, jakieś cienie. No, ruskie, ruskie przyszły. Zrobiły sobie od razu punkt dowodzenia, coś wykrzykują. Po jakimś czasie młodziutki Mołdawianin się do mamy przykleił, bo mówił, że mu mamę swoją przypomina. Wzięli go z marszu, osiemnastolatka. Śliczny chłopak. Był jakimś łącznikiem, bo w pewnym momencie powiedział, że oni odchodzą. No to myślę – kurcze, oni tych szkopów w okopach zostawili, to jak odejdą, to dopiero nam dadzą popalić. Wyszli, zwinęli się i za chwilę słyszymy – jest cisza – i słyszymy tup, tup, tup, tup. Myślę sobie: no to szkopy lecą. A on staje w drzwiach i mówi: Grażdanka, germańcy zdajutsa! Wszyscyśmy pognali popatrzeć, jak Germańcy się zdają. Zdają się od razu, przed chwilą jeszcze strzelali i w ogóle panami świata, a tu nagle zarośnięci jacyś… Nie wiem, na czym to polega, że oni w ciągu godziny się robili okropni, jacyś zapyziali, straszni faceci. Wyłażą z tych okopów. Ludzie mówią: „Ten strzelał, ten strzelał, ten”. Ruski daje mu karabin, to znaczy rozpylacz czy jak to się tam nazywa i mówi: No, strielaj! Ale nikt nie zemścił się, zabrali ich do miasta i poszli dalej. 
Straciłam przytomność. Odzyskałam ją, chwalić Boga, w kwietniu. Trzy miesiące mam z głowy, poza jakimiś majakami. Byłam cała obsypana wysypką, z ustami wewnątrz włącznie i chciałam strasznie kwaśnego. Ale nie było nic kwaśnego. Dopiero jak śniegi stajały, a ja przeżyłam, tośmy poszły z mamą do Mszany Dolnej do lekarza. A lekarz mówi: „To jest awitaminoza, to w ogóle cud, że to dziecko przeżyło. Teraz tylko masło, mleko i łazić w góry”. No więc żeśmy się do tego stosowały, z tym że już jak uruchomili szkołę, więc mama wróciła do szkoły. Ja też. W przedstawieniach brałam udział, a jakże.

W ostatnich dniach sierpnia 1945 roku Ludmiła Niedbalska wraz z mamą wróciła do Warszawy. 

Warszawa, 27 listopada 2007 roku. Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama.


Alicja Zakrzewska

Alicja Zakrzewska w dniu wybuchu powstania miała 13 lata. 1 sierpnia 1944 roku jej mama wyszła zdobyć zapasy mąki, ale została aresztowana i spędziła 3 dni w Cytadeli. Jej dwaj wujkowie także opuścili tego dnia mieszkanie, więc została całkowicie sama. 7 sierpnia została postrzelona. Wraz z mamą trafiła do obozu w Pruszkowie, ale udało im się wydostać na wolność. 

Od Rady Głównej Opiekuńczej dostały pomoc rzeczową i adres w Mszanie Dolnej, gdzie miały się udać. 

Dostałyśmy jakiś adres, pojechałyśmy w góry do Mszany Dolnej. Mieszkałyśmy u jakiejś pani Pitalowej, to była góralka. (...) Z czego żeśmy tam żyły? Mama miała jeszcze widocznie jakąś biżuterię, chyba coś sprzedawała, coś musiała mieć. Bo z czegośmy tam żyły? Tam żeśmy żyły normalnie. Jak się Niemcy zachowywali? Nijak właściwie. Tam Powstańcy byli w górach. Wiem, że mama jak pojechała pociągiem do Limanowej, to tam rzeczywiście był jakiś ostrzał i tam było coś z Powstańcami, ale w samej Mszanie Dolnej nie.    

Kolejno zamieszkały w Kasinie Wielkiej. 

Mama doszła do wniosku, że w tej Mszanie, to tak jak z tym wujkiem, co to wywiózł ciotkę do Stanisławowa. Że ta Mszana to jednak jest miasto, a tu Kasina jest obok i ta Pitalowa miała tam siostrę i mówi tak: „Idźcie wy tam. Żeście już tyle przeszli, to idźcie z tej Mszany, bo tu jeszcze będą się bili, bo tu rzeka jest i mosty, to idźcie tam do mojej siostry, to tam przeczekacie”. No i żeśmy właśnie poszły do Kasiny. Żeśmy przyszli do Kasiny i rzeczywiście bez jednego strzału weszli Sowieci, a jakże, porozbierali się, bo to była noc, więc oni zaczęli nam pokazywać jakieś pieniądze polskie. Wprawdzie tam nie było Polaków, to byli ruscy sami, ale do ludności tej wiejskiej bardzo się przyzwoicie [odnosili], tak bratersko: „Wyzwoliliśmy was”. No i myśmy już byli szczęśliwi, że już weszli, wszystko jedno, już im daruję to Powstanie, ale już są, już tych Niemców nie ma. Nie minęły jakieś dwie, trzy godziny, zaczyna się piekło. Dawaj nazat, dawaj nazat. Rany boskie, co się dzieje. Oni bez spodni uciekali. Niemcy wrócili. Bo okazuje się, że nie Mszana, tylko ta Kasina leżała na drodze z Limanowej. A w Limanowej zostały esesmańskie dywizje i oni musieli odblokować Kasinę, żeby przepuścić te dywizje.

W wywiadzie po latach Alicja Zakrzewska wspominała, że miejscowa ludność była życzliwa dla uciekinierów ze stolicy. 

Kraków przyjmował bardzo źle, bo dwa dni czy tydzień byliśmy w Krakowie, więc w tym początkowym okresie to było tak, że szłyśmy z mamą i nagle patrzymy, że… Bo jadąc w te góry, musiałyśmy się zatrzymać w Krakowie i patrzymy, że ludzie uciekają. Mama się pyta jakiejś kobiety: „Co się dzieje? O co chodzi?”. – „A, nic takiego”. A mama mówi: „Czy tu ludzi łapią?”. – „Ludzi nie, tylko warszawiaków”. To sobie zapamiętałam. A górale… Góralom było obojętne… Nie, życzliwi byli, nic do nas nie mieli. Tylko powiedzieli: „Żeście narozrabiali sobie, o, to macie teraz. Widzita, co macie, ale musita tu przesiedzieć. My was tutaj…”. Byli życzliwie nastawieni, oceniali nas realnie, zgodnie ze swoim poziomem

Po krótkim pobycie w Krakowie Alicja Zakrzewska i jej mama wróciły do Warszawy - już na początku lutego 1945 roku. 

Warszawa, 16 grudnia 2011 roku. Rozmowę prowadziła Małgorzata Rafalska-Dubek.


Maciej Roman Grzegorzewski

Maciej Roman Grzegorzewski w Warszawie spędził cały okres Powstania Warszawskiego. Miał wówczas 9 lat. W październiku 1944 roku po zakończeniu zrywu został z bliskimi wywieziony do Oświęcimia. 

Oglądali, nie przyjęli nas. Wywieziono nas na Podkarpacie. Była stacja: Mszana Dolna i furmankami wójtowie czy sołtysi nakazali góralom, żeby nas pozabierać – każdy do jakiejś rodziny. Jechaliśmy wzdłuż potoku z Mszany Dolnej. Pamiętam dwie nazwy wsi: jedna to była Niedźwiedź (ta wieś to pamiętam, że jest), a druga to chyba Poręba Wielka, gdzieś przez te rejony i u takich dość biednych chłopów wylądowaliśmy, gdzie bieda była nadal straszna, bo to co się miało, trzeba było oddać góralom, żeby cokolwiek zamienić na jedzenie. Z ojcem między innymi łowiliśmy ręcznie pstrągi. Potok zamykaliśmy, żeby pstrąg nie mógł przeskoczyć i rękoma się go łapało. To było coś pysznego zjeść pstrąga na jakimś tłuszczu.

Rodzina Macieja Romana Grzegorzewskiego już zimą przeniosła się do Krakowa. Koniec wojny zastał ich w Radomiu. 

Sopot, 21 października 2008 roku. Rozmowę prowadziła Małgorzata Brama. 


Źródło: Archiwum Historii Mówionej, Muzeum Powstania Warszawskiego/1944.pl  

Komentarze (5)

ciekawy
2024-08-01 08:53:59
2 5
Tamto pokolenie Polaków walczyło z Niemcami o wolną Polskę a obecne pokolenie sprzedaje wolną Polską Niemcom którzy tworzą IV Rzeszę Niemiecką.
pacho
2024-08-01 09:21:00
1 1
tak, tak oczywiście sprzedaje , i to pewnie jeszcze za Niemiecka chemie gospodarczą , co Wy tam zabawny palicie ?:)
Odpowiedz
pacho
2024-08-01 09:34:49
0 2
bardzo ciekawy materiał ...
Odpowiedz
untenberg
2024-08-01 13:42:02
0 0
W Słopnicach pod Mogielicą w osiedlu Sołtyse u rodziny Grucelów mieszkały dwie panie. Matka i córka. Niedaleko mieszkało też dwóch lub trzech też mężczyzn. Wójt powinien wiedzieć, wszak jego dziadek w czasie okupacji również piastował to stanowisko w Słopnicach.
Odpowiedz
aramis
2024-08-01 20:00:59
0 0
Szkoda ze tak niewielu ma odwagę mówić o faktach.
W imię poprawności politycznej wszystkie władze w wolnej Polsce klepią te slogany o bohaterach i jakimś (jakim)sukcesie powstania
Odpowiedz
Zgłoszenie komentarza
Komentarz który zgłaszasz:
"Limanowszczyzna we wspomnieniach uczestników i świadków Powstania Warszawskiego"
Komentarz który zgłaszasz:
Adres
Pole nie możę być puste
Powód zgłoszenia
Pole nie możę być puste
Anuluj
Dodaj odpowiedź do komentarza:
Anuluj

Może Cię zaciekawić

Sport

Pozostałe

Twój news: przyślij do nas zdjęcia lub film na kontakt@limanowa.in